»   WSPOMNIENIA   »   Rozmowa z synem – wywiad ze Stanisławem Żeleńskim
wspomnienia_baner

Rozmowa z synem – wywiad ze Stanisławem Żeleńskim

Rozmowa z synem

Stanisław Żeleński, syn Boya

 

 

Wywiad ze Stanisławem Żeleńskim przeprowadzony przez Henryka Szletyńskiego, aktora i reżysera teatralnego.

 

SZLETYŃSKI: Drogi Stasiu! Ileż to czasu minęło kiedy spotkaliśmy się ostatnim razem przy wspólnym zajęciu?

ŻELEŃSKI: No, chyba sporo. Czekaj… było to kilkanaście lat temu, wtedy kiedy grałem rolę Barona w reżyserowanej przez ciebie komedii Musseta Nie igra się z miłością.

W przekładzie Boya.

Ano, tak.

Dziś gdy zbliża się stulecie jego narodzin, mamy na zaproszenie Redakcji „Teatru” porozmawiać o tym wielkim tłumaczu i autorze. Rzecz jasna z mojej strony mogą to być pewne refleksje; istota rzeczy, wiadomości które by interesowały Czytelników „Teatru” – to już należy do Ciebie.

Tylko że to, czym mogę się podzielić, wydrukowałem już w roku 1961.

Ba, przed dwunastu laty. Nie bierz za złe tej realistycznej uwagi, ale któż to pamięta, w każdym razie: dokładnie pamięta?

Tak, ale…

Doskonale znam Twoją skrupulatność. Jednak wszystko co dotyczy osoby pisarza nie tylko wielkiego przez jego udział w dziejach kultury narodowej, ale wciąż niezwykle fascynującego, czytanego, dyskutowanego – utrzymuje się w stałym zainteresowaniu. Śmiem więc sądzić, że postepujemy słusznie przekazując treść naszej rozmowy. Tym bardziej, iż na pewno nasuną się szczegóły i spostrzeżenia jeszcze nie ogłaszane.

Skoro ma się to ukazać w „Teatrze”, rozmawiać będziemy zapewne o tej dziedzinie działalności mego Ojca, o krytyku i publicyście teatralnym?

Oczywiście. Problemat krytyki teatralnej wraz z wątpliwościami, pytaniami odnośnie jej charakteru („zadań” – mówią działacze i dziennikarze) nie wygasa a w przeróżnych dyskusjach i sporach raz wraz pojawia się Boy, jego postawa, jego wielki talent analityczny. Miał też ogromne doświadczenie. Przecież oglądał spektakle jeszcze w krakowskim Starym Teatrze. Potem Paryż…

W Paryżu interesował się raczej piosenką aniżeli teatrem.

Tak? No to podobnie jak jego młodszy kolega Zielono-Balonikowy, Leon Schiller, który także za swego paryskiego pobytu niewiele bywał w teatrach, natomiast chętnie tam gdzie produkowały się piosenki. Wolno stwierdzić, że w obu przypadkach kultura nasza źle na tym nie wyszła. Co się tyczy potężnego korpusu krytyk teatralnych Boya, to przecież raz określił je jako książkę najbardziej osobistą.

Ale zarzucano Ojcu – chyba to słowo wyraża istotę wydarzeń z owych czasów – że tak skąpo w swoich recenzjach udzielał miejsca realizacji scenicznej utworu, zwłaszcza dotyczyło to gry aktorów.

No to i cóż stąd?

Po tylu latach wolno mi nie zatajać, że brałem udział w rozmowach na ten temat i nie mogłem się pohamować od usiłowań przekonania Ojca, by poszerzał swoje oceny pracy aktorów. Ale Ojciec miał program opisywania i oceniania zjawisk i wydarzeń głęboko uświadomiony a przez to stały.

Powiedziałem przed chwilą: „No to i cóż stąd?” Bo przecież decyduje nie ilość lecz jakość. Owszem, trzeba przyznać, że te zarzuty, jakeś to zdecydowanym słowem określił, w ówczesnej estetyce teatralnej szczególnie zwracały uwagę, choć i inni sprawozdawcy, mam na myśli paru poważnych recenzentów, niewiele więcej miejsca reżyserii i aktorstwu poświęcali. Ale, powtarzam, rzecz nie w tym wiele się napisało lecz w tym co te słowa zawierały. To jest istotne i decydujące. Ciekawość zobaczenia, wrażliwość, spontaniczne i racjonalistyczne zarazem chwytanie istoty tego co się działo na scenie – te cechy Boya występowały w jego krytykach teatralnych z właściwą mu wyrazistością i uzasadnieniem.

Zapewne można by to poprzeć przykładami…

Ależ tak! Gdyby zestawić to co napisał o Przybyłko-Potockiej, Solskiej, Frenklu, Kamińskim, Jaraczu, Junoszy-Stępowskim, Leszczyńskim otrzymalibyśmy o każdej z tych osób, zwłaszcza przez felietony z okazji jubileuszów, rzeczowy materiał upamiętniający to co było najistotniejsze.

Czy wiesz, że aktorzy zmieniali niekiedy coś w ujęciu roli, w linii lub w szczegółach po przeczytaniu recenzji Boya?

Mogę dać jeden przykład z pamięci. Sztuka nazywała się Beverley, reżyserował i grał tytułową rolę Zelwerowicz. Jak pamiętasz, Zelwerowi zdarzało się, nawet wówczas gdy cały spektakl siedział w fakturze realistycznej, wypuścić się na charakteryzację w kierunku pewnego wynaturzenia i nie była to stylizacja, raczej wyglądało na brutalna przesadę. Tak też postąpił jako Baverley. Boy, jak zawsze, wypalił bez ogródek co o tym myśli. Po ukazaniu sie jego recenzji Zelwer doprowadził premierową charakteryzację i równocześnie ujęcie roli do spokoju i dobrze na tym wyszedł. Pamiętam, jak mi to wówczas opowiadał biorący udział w tym spektaklu Janusz Warnecki.

Tak, nieporozumienia kończące się całkowitym przerwaniem przyjaznych, nieraz długoletnich, stosunków, miewał Ojciec nie z artystami sceny, ale z autorami.

Grzymała-Siedlecki, jego masz na myśli?

Przede wszystkim. Przecież znali się jeszcze z wczesnego okresu krakowskiego, łączyło ich wiele wspólnych przeżyć literacko-artystycznych i zainteresowań. Gdyśmy się przenieśli z Krakowa do Warszawy, a więc w roku 1922, osiadły w stolicy trzy lata przedtem Grzymała-Siedlecki od razu zaczął bywać u nas, wszystko miło się układało. Dopiero recenzja po premierze Spadkobiercy Grzymały przecięła te stosunki nieodwołalnie.

No, bo jeśli można powiedzieć o kimś, że słowa „Amicus Plato sed magis amica veritas” nie były dla niego przyswojoną zasadą, ale leżały mu we krwi jako uczucie naturalne, to o Boyu. Był absolutnym weredykiem i to była platforma z której zabierał głos. Nic tedy dziwnego, że obok głębokiego szacunku i entuzjastycznego uznania wybuchały protesty. Ale polemiczna, bardzo ostra wymiana zdań z Grzymałą, który zareagował w piśmie na surowy osąd Boya jego komedii, była wydarzeniem wyjątkowym.

Jednak nie jedynym. A z Miłaszewskim?

Tak, po Fauście wystawionym na scenie Teatru Narodowego, wtedy gdy kierownikiem literackim był Stanisław Miłaszewski.

Właśnie. Ojciec mocno zaatakował przekład Zegadłowicza, ale nie ominął i odpowiedzialności kierownictwa Teatru. Czy sądzisz, że słusznie?

Ależ oczywiście, że słusznie. Miłaszewski odgrywał w Narodowym rolę bardzo poważną i rządził sprawami literackimi. Kontakty z autorami i przekładcami, zamawiania, przyjmowania prac były jego wyłączną domeną.

Wtedy gdy wywiązała się ta polemika, Miłaszewski przestał u nas bywać, stosunki się urwały i tak już pozostało.

Literat o którym mówimy był z pozoru człowiekiem łagodnym, ale jak go coś dotknęło – nie daj Boże!

A przy tym zupełnie nie miał zmysłu humoru i poczucie własnej godności uniemożliwiało mu właściwą reakcję na zabawność sytuacji. Pamiętam, byliśmy raz, rodzice moi ze mną i Miłaszewskim w „Oazie” – zapewne pamiętasz ten lokal na Wierzbowej?

Stasiu, masz mnie za dziecinę?

Otóż Miłaszewski z jakiejś poprzedzającej okazji był we fraku i pewien jegomość zwrócił się do niego biorąc go za kelnera. Kto inny, zwłaszcza artysta, zareagowałby żartując, a on się srodze obruszył i zeźlił.

Wracając do przekładu Fausta, gdy się czytało tę obszerną i namiętną polemikę…

Dziś nie zdarza się aby podobnemu przedmiotowi udzielono tyle miejsca w prasie. Nie przywiązuje się tak wielkiej wagi nawet gdy idzie o przekład arcydzieła i jego obecność na scenie.

Zgadzam się z Tobą. Kwestia kompetencji jest też niemałym współczynnikiem zmiany sytuacji. Ja wtedy zorientowałem się, że Boy świetnie posiadał język niemiecki. Zarzuty jego dotyczyły sformułowań w tekście Zegadłowicza i gatunki poetyki którym jako tłumacz się posłużył. Ale kiedy Boy przykładowo interpretuje urywki tekstu oryginału Goethego – jakież zrozumienie i wyczucie! Tu znajomość wyniesiona z gimnazjum galicyjskiego nie wystarczała.

Ojciec uzupełniał krakowskie studia medyczne w Klinice uniwersyteckiej Wrocławia.

No, tak. A przecież i angielszczyzna nie była mu obca. Przed pierwszą wojną w Krakowie, a w roku 1922 w Warszawie w przekładzie Boya grano komedię angielską pt. Złoty wiek rycerstwa. Tekst drukowano w „Bibliotece Teatrów Amatorskich”. A skoro wspomnieliśmy polemiki, przypomnę charakterystyczną różnicę zdań między Boyem-Żeleńskim i Grzymałą-Siedleckim – nie z okazji jego komedii ale z racji premiery wspólnego ich kolegi, towarzysza czasów krakowskich: „Perza”. Szła sztuka Perzyńskiego pt. Uśmiech losu ze słynną kreacją Jaracza. Grzymała ogromnie ją chwalił, Boy analizując wskazywał na jej nieprzystawalność i załamanie się kunsztu dawnego Perzyńskiego. Spierał się z Grzymałą.

Tak… tyle było zawsze polemik, starć, pojedynków słownych. Życie wokół mego Ojca pieniło się problemami i wydarzeniami i wszystko biegło ostrym, energicznym rytmem.

Grzymała w swoim eseju pośmiertnym pt. Boy, podkreślając jego fenomen i zasługi, napisał też o „zadziwiającej pracowitości” i dalej, że „na gruncie polskiej techniki pracy – pisarskiej – czy pracy w ogóle – był on zdumiewającym wyjątkiem”.

Istotnie. Po śniadaniu i przeczytaniu gazet, a więc wczesnym rankiem, odzywało się stukanie na maszynie i tak już płynął dzień.

I chyba ze trzy premiery miesięcznie do zobaczenia i zrecenzowania.

Tak. Ojciec zawsze czytał przed premierą tekst sztuki. Kiedy była to nowość, starał się zawczasu o egzemplarz.

Wiadomo było, Boy to benedyktyn.

Zarazem – wiem, że pozory mogły być inne – człowiek nieśmiały w jakimś sensie. Potrafił w bardzo ożywionym towarzystwie przebywać nie odzywając się.

A jeśli zaanimował go jakiś poruszony temat?

O, właśnie! Wtedy następował nieraz bardzo żywy, obszerny upust myśli. Poza tym Ojciec kochał życie we wszelkich przejawach i umiał się nim radować. Trzeba mu było nie tylko książek, ale i wybranych ludzi. Każdej soboty schodzili się u nas przyjaciele w ilości co najmniej kilkunastu osób.

O ile wiem, byliście skuzynowani z dwoma scenografami: z Karolem Fryczem i z Iwo Gallem.

Tak. Toteż Frycz odwiedzał nas często; w latach, kiedy przebywał w Krakowie będąc dyrektorem Teatru im. Słowackiego, zawsze za swego pobytu warszawskiego wpadał do nas. Jeśli jednak idzie o te sobotnie podwieczorki, przede wszystkim przychodzili literaci. Było gwarno, rozmawiano o wszystkim co interesowało, toczono dyskusje – rzecz jasna, teatralne również. Ale był to równocześnie wypoczynek, rozlegały się żarty, muzyka…

Zatem „muzyka i aktualności”. A propos, czy Ojciec muzykował?

Nie, nigdy nie siadał do fortepianu. Matka – owszem grywała. Był natomiast taki okres kiedy Ojciec chętnie tańczył i uczył się nowych tańców.

Proszę, jak to pięknie świadczy o pełni w odczuwaniu darów życia, któremu tyle się z siebie dawało!

W uprawianiu tej rozrywki gospodarz nie był odosobniony: Chętnie brał się do tańca Jan Parandowski.

Parandowski! Ten pięknie we wspomnieniach powojennych pisze o Boyu! Między innymi o rozmowach w gospodzie Simona i Steckiego bezpośrednio po premierze teatralnej, w okresie kiedy już redakcje nie wymagały aby recenzja ukazała się nazajutrz po pierwszym spektaklu, co zmuszało jej autora biec do redakcji gdy tylko zapadła ostatnia kurtyna. Parandowski to chyba ostatni z żyjących uczestników owych sympozjonów u państwa Żeleńskich na Krakowskim Przedmieściu w kamienicy obok Dziekanki.

Zapominasz o Słonimskich. Należeli do stale nas odwiedzających. Istnieje wiersz Antoniego Słonimskiego, którego tematem jest właśnie „salon Żeleńskich”.

Poza tym o stosunkach swoich z Boyem pisał Słonimski interesująco w Alfabecie wspomnień i to zapewne jedna z końcowych kart rozpamiętywań przez tych którzy znali osobiście Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

Zapewne.

 

„Teatr” 1973, nr 24
(przedruk za zgodą Redakcji)